Niewątpliwie przytłoczeni
ciężarem gatunkowym spotkania wyszli chłopcy ze Zrywianki na mecz derbowy ze Startem
Brzezie. Dało się to zauważyć po poczynaniach niemal całej drużyny, zwłaszcza
jednak obrońców i nietypowego wobec absencji Dżusta rozgrywającego. Pierwsze
dwadzieścia minut to niemal przytłaczająca przewaga Brzezian, spowodowana
zapewne zbyt wielką ilością legend przeczytanych przez naszych na temat
mitycznych osiągnięć lidera przeciwników, niejakiego Łukasza K. Sam delikwent
od początku gry jakby chciał, a nie mógł zrobić nam krzywdy, marnując bodaj
trzy stuprocentowe sytuacje. Łatwość jednak z jaką do nich dochodził robi
wrażenie. W piętnastej minucie Eduardo dał się łatwo ograć pomocnikowi Startu,
ten świetnie dośrodkował wprost na nogę rasowego snajpera zza szosy i już przegrywaliśmy.
Całe szczęście, że goście nie poszli za ciosem, bo po kilku minutach udało nam się
nieco uporządkować szyki, co łatwe nie było w obliczu szybkiej kontuzji dwugłowego
u Bola. Ta lekka poprawa gry dała nam możliwość przeprowadzenia jedynej klarownej
sytuacji przed przerwą, w której dość niespodziewanie zdołaliśmy wyrównać po
sprincie Jaro zakończonym lobem do bramki nad bezradnym golkiperem gości.
W przerwie jak się okazało boisko
opuścił Łukasz Kruczkowski co diametralnie odmieniło przebieg spotkania.
Okazało się że wbrew wiecznym narzekaniom działaczy z Brzezia człowiek ten
decyduje o poziomie tamtejszej drużyny, a ciągłe twierdzenia że powinien grać
lepiej może i są prawdą, lecz na pewno nie będzie miało to miejsca w tym
klubie. Obraz gry poprawił się na tyle, że Kali raz za razem biegał za dwóch
dopraszając się celnych i mocnych podań, tych jednak nadal brakowało. Goście z
tyłu są drużyną już w miarę poukładaną i wielokrotnie przecinali piłki
adresowane do naszych napastników. Mimo to kilka razy mogliśmy pokusić się o
bramkę, brakowało tylko przysłowiowej kropki nad i. Pochwalić tutaj muszę
naszych dwóch młodzików, czyli Damiano i Fergela, którzy znakomicie
zaprezentowali się na tle przeciwnika z czołówki B klasowej tabeli, zagrali z
zębem i bez respektu dla rywala. Cóż z tego skoro dla odmiany juniorskiego
błędu dopuścił się Rafaello (gdzie się podziała ta forma?), gdy nie tylko nie
potrafił wybić czystej piłki z powietrza, ale również nie zablokował strzału
gracza gości, któremu pozostało uderzyć w sposób na tyle sprytny, aby
przechytrzyć Magica.
Podsumowując, mimo fatalnego
początku mecz był przynajmniej do zremisowania. Seria zwycięstw gości wynika
chyba głównie z większych chęci do gry i znakomitego ustawienia przez trenera,
bo przecież grają tam, poza jednym wyjątkiem, te same normalne chłopaki, z którymi znamy
się nie od dziś. Są niewątpliwie na fali, co przy naszych ‘dołach’ na pewno
robi różnicę, ale od sierpnia znów będziemy mieli po tyle samo punktów. I o
tym warto pamiętać, walcząc do upadłego, jak dziś...