Niespotykany opad wystąpił nad boiskiem Zrywu tuż przed
planowanym meczem z drużyną zza puszczy. Deszcz zakończywszy swoje druzgocące
dla boiska działanie odsłonił widok na naszej murawie niespotykany – znaczna jej
część pod wodą, a w boksach można było otworzyć basen. Sędzia po konsultacjach
z drużyną gości był skłonny mecz odwołać, jednakże my prezentowaliśmy zgoła
odmienne stanowisko. Z niewielkim opóźnieniem mecz jednak się rozpoczął.
Od początku widać było że pogłoski o jakiejś łapance w
obozie przeciwnika były przesadzone. Goście grali dość solidny futbol, co
więcej rozpoczęli spotkanie z dużo większym zaangażowaniem. Nasi z uporem
maniaka przenosili grę w najbardziej podtopione fragmenty płyty. Mieliśmy w
pierwszych trzydziestu minutach kilka wybornych sytuacji podbramkowych jednak
skuteczność w tej połowie była jak zwykle żadna. Po pół godzinie gry bezpańska
piłka po wrzutce z prawej strony po postu trafiła zawodnika gości na piątce i w
ten sposób straciliśmy pierwszą bramkę. Oczywiście wzajemne pretensje
momentalnie dały się usłyszeć w naszym obozie. To już jednak standard w
drużynach takich jak my, u niemal murowanych kandydatów do spadku. Na domiar
złego w czterdziestej minucie po rykoszecie tracimy drugą bramkę i sytuacja
zaczyna przypominać dramat. Oczywiście w tej sytuacji również nikt nie zawinił,
po prostu kolejny przeciwnik ma szczęście, my zaś znów nie. No, może z jednym
wyjątkiem z końcówki pierwszej części gdy po przytomnym uderzeniu z dystansu w
wykonaniu Deusa, Kaliemu przyszło tylko dopełnić formalności.
Druga część zaczęła się od naszych ataków, z których ten z
55 minuty przyniósł powodzenie. Kapitalny rajd Dżusta lewą stroną, precyzyjne
podanie do Jaco, który minąwszy bodaj dwóch przeciwników strzelił nie do obrony
i mieliśmy remis. Uczcie się młodzieży. Cóż jednak z tego, skoro po pięciu
minutach Dąb wykonuje wolnego z niby bezpiecznej odległości i zdobywa bramkę,
zapewne wiedząc że strzelić bramkę Zrywowi ze stałego fragmentu to pikuś. To
już chyba wszyscy wiedzą.
Niby w 70 minucie wszystko wróciło do normy, gdy Kaczor na
raty pokonał po wolnym bramkarza gości (mała kontrowersja z niedokładnie
zapiętą siatką w bramce), ale kolejna akcja Dębu znów przynosi im prowadzenie
przy biernej postawie naszej obrony. W samej końcówce padła piąta bramka dla
Zabierzowian, będąca konsekwencją naszego chwilowego szturmu na ich bramkę i
kompletnego odkrycia się w tyłach. W tym momencie stoper przyjezdnych, który
niemal cały mecz wygłaszał niezbyt mądre myśli powiedział coś, co miało sens.
Słowa „Do lasu!” były tyleż chamskie, co prawdziwe. Już w tym momencie jesteśmy
bowiem w lesie.
W najbliższy czwartek gramy mecz jak to się zwykło mówić ‘o
utrzymanie’. Ale dla mnie niemal pewne jest, że znów niektórzy stwierdzą że
mają coś ważniejszego do zrobienia w domu, pogoda marna albo kontuzję trzeba
doleczyć. A dlaczego? Sprawa jest dla mnie jasna – my już od dawna nie
stanowimy drużyny. Wielu przychodzi na mecz (a zwłaszcza trening) już tylko z
obowiązku, wielu zjawia się żeby coś tam komuś udowodnić grając dokładnie
odwrotnie niż nakazuje piłkarskie abecadło, niektórzy na boisku chyba się wręcz
zwalczają. Dokładając do tego tych, którzy okazali się kompletnie niepoważni
sugerując iż będą grać gdy pozbędziemy się z klubu ‘drobiu’ a do dziś ich nie widzimy
oraz tych, którzy poobrażali się po przegranym meczu w Kłaju mamy pełny obraz
naszego klubu, choć może i całej wiejskiej społeczności. Awans do klasy B okazał się dla większości
zawodników karą, rzeczą zupełnie zbędną. To ci ludzi są pozbawieni ambicji i
chęci pracy nad sobą, a tradycje i klubowe i jego dobro są dla nich rzeczą mało
ważną. Opcja zarządu stworzenia na nowo drużyny grającej głównie ‘swoimi’ była
jak się okazało z góry skazana na niepowodzenie, ponieważ mentalnie daleko nam
do choćby B klasowych standardów. Kto się z tym nie zgadza, niech zapyta o
opinię trenera. Wszelkie próby wygarnięcia tejże prawdy zainteresowanym
pozostali przy klubie działacze duszą w sobie, bo przecież choćby na sztukę
powinno nas być na boisku jedenastu. Dla mnie sprawa jest jasna, jesteśmy
głównym kandydatem do spadku, a ci którzy się z tym nie zgadzają niech
poczekają do czwartkowego wieczoru. Moim wielkim marzeniem byłoby, żeby każdy
zdał sobie sprawę z prawdziwych powodów niepowodzeń Zrywu, choćby miało mu to
zająć kilka kolejnych miesięcy. Na razie moje (i nie tylko) próby zmuszenia
wielu do refleksji kończą się klasyczną spychologią, no bo przecież to inni
zawalili. Jak mało kiedy, chciałbym się mylić… A może wystarczy jako chory organizm krzyknąć: 'Siostro, basen!' i ktoś przedstawi nam gotowe rozwiązanie sytuacji? Wszystkich mędrców serdecznie zapraszam.
(04.09) Zwycięstwo, choćby w najskromniejszych rozmiarach bardzo cieszy, tym bardziej że nie wszyscy u nas są dostatecznie 'zdrowi' na niektóre wyzwania.